Pyrkiewicz

Dziesięć minut temu minęła północ, w słuchawkach Jon Bon Jovi śpiewa:

„Cause I’m a cowboy, on a steel horse I ride
I’m wanted, wanted dead or alive
Cause I’m a cowboy, I got the night on my side
I’m wanted, wanted dead or alive
And I ride, and I ride dead or alive
I still drive, I still drive dead or alive
Dead or alive, dead or alive, dead or alive, dead or alive”

Leniwie obracając korbami pokonujemy kolejne kilometry, mijając puste o tej porze miasteczka i rozległe polany na zmianę z zarośniętymi wałami rozciągającymi się wzdłuż Wisły. Statystyki pierwszych dwustu kilometrów wyglądają dość ponuro. Łącznie wymieniliśmy już trzy dętki, przeżyliśmy dwa kryzysy i połamaliśmy jeden bagażnik. W naszej podróży towarzyszą nam wspomniany wcześniej stalowy koń po lewej i aluminiowy Nadupiator 5000.

Huśtawka nastrojów, od satysfakcji graniczącej z euforią, że robi się coś tak odjechanego po zażenowanie tym jakże alternatynym sposobem spędzania urlopu. No bo jak tu wypocząć trzaskając dziennie powyżej 200 km w terenie, obładowanymi rowerami i śpiąc raptem po parę godzin w lesie.

wakacyjny chilloucik :–))

 Z tymi noclegami to dość zabawna sprawa. Po drodze ewoluowały. Na początku się jeszcze przejmowaliśmy, żeby jakoś fajniej się rozbić. Raz nad rzeką w nadziei, że się rano umyjemy (brrrr… ale zimno!), innego dnia rozłożyliśmy namiot w jakiejś opuszczonej szopie żeby osłonić się przed deszczem. Pod koniec tych oryginalnych wakacji, zahartowani trudnymi warunkami i w ramach oszczędności energii na czynnościach innych niż obroty korbką, wczołgiwaliśmy się w materiał namiotu zapominając o tych wszystkich niepotrzebnych bajerach jak stelaż, tropik czy śledzie.

Jeśli chodzi o przygotowania to myślę, że zrobiliśmy naprawdę kawał dobrej roboty. Ja za punkt honoru obrałem sobie wdrożenie systemu krótkich drzemek regeneracyjnych. Całkiem dobrze wspominam okres przygotowawczy. Słusznie uznaliśmy, że trzeba jeździć jak najmniej na kilka miesięcy przed, bo jeszcze nam te jeżdżenie bokiem wyjdzie. Tu również poszło nad wyraz dobrze.

Gdzieś, już nie pamiętam gdzie i kiedy podjeżdżamy pod wiejski sklepik. Klasyczna akcja w systemie zmianowym. Jeden z nas wchodzi, kupuje tyle wszystkiego ile jest w stanie unieść, zjadamy to na miejscu. Akcja się powtarza z drugim z nas, tylko kupione wszystko bierzemy na wynos. Widząc nasz nieposkromiony apetyt i obładowane rowery zagaja do nas właściciel sklepu. Tłumaczymy co i jak. Początkowo wątpi w opowiadane przez nas rewelacje, gdy jednak przekonuje się do naszej historii szybko obmyśla skrót trasy. Na wiadomość o nadajnikach gps w naszych sakwach reaguje krótką wiązanką łaciny podwórkowej w kierunku regulaminu rajdu. Niepocieszony, że nie może pomóc a chciałby wręcza nam pęk kiełbasy i po bananie. Zbijamy piątki i pedałujemy dalej.

Plecy Lecha, torba podsiodłowa, droga, wał, łąki… ciemność… asfalt, łydki, plecy, wioski… ciemność… koło, szuter, droga, przestrzeń… ciemność. Zaczynają mi opadać powieki. Nie ma czasu na spanie. Przede mną Lechu kilkukrotnie klepie się po kasku, żeby się rozbudzić. Na niewiele się to zdaję. Wymyśliliśmy zabawę, która na nudnych odcinkach dostarcza bodźców. Zmiany robimy tylko wtedy, gdy jadący z przodu przywita się z jakąkolwiek napotkaną postacią a tamta odpowie albo odmacha.

Włocławek. Zjeżdżamy na postój. Śródmieście Cafe – brzmi dobrze. W środku coś nam nie pasuje, nie ma menu, czy nawet automatu do parzenia kawy. Pytamy się co można tu zjeść i wypić. Pani z obsługi mówi, że raczej niewiele, ale można porozmawiać o rewitalizaji przestrzeni śródmiejskiej. Ciekawy temat, Po chwili konsternacji prosimy żeby koniecznie poinformowano nas jak coś fajnego wymyślą to wrócimy sprawdzić. Idziemy na makaron. Spaghetti jest dobre na wszystko. Jemy je w ekpresowym tempie. Lechu idzie zapłacić, żeby nie marnować czasu na obsługę kelnerską. Mijają dosłownie dwie minuty jak opuścił stolik. Dwie minuty to aż nadto dla mnie. Po powrocie zastaje widok:

Treningi szybkich drzemek regeneracyjnych nie poszły w las

Wyobraźcie sobie sytuacje: Jedziesz już któryś dzień z rzędu, żywisz się wszystkim co da się kupić w małych wiejskich sklepach, trochę Ci już tęskno do standardowych zwyczajów żywieniowych. Wjeżdżasz do swojego rodzinnego miasta, wtem napotykasz rodziców, którzy z zapartym tchem obserwowali kropeczki na mapie w internetach. Czułe powitanie, uściski, słowa podziwu. Mama wyciąga z plecaka Twoje ulubione kanapeczki. Rozwijasz je ze sreberka, otwierasz popękane, suche usta, unosisz rękę ze smakołykiem na wysokość brody i nagle sobie przypominasz. Przypominasz sobie regulamin, który jasno mówił o pomocy z zewnątrz. Rodzicielka jest wstrząśnięta twoją wstrzemięźliwością, „przecież nikt nie zobaczy”- mówi, ale po krótkiej rozmowie zdaje sobie sprawę ze spodziewanej satysfakcji po ukończeniu wyścigu z czystym sumieniem. Kanapki w lodówce poczekają na nas jeszcze z tydzień i po mimo braku pełnej świeżości, tak wyczekane smakują wybornie.

Kuszenie braci Pyrkiewicz przez panią matkę (olej na płótnie)

Wyścig? Podróż? Przygoda? Dla nas osobiście koncepcja zmieniła się w trakcie trwania całego wydarzenia. Poznając na trasie kolejne osoby dochodziliśmy do wniosku, że fajnie się wspólnie jedzie, ale nie mielibyśmy nic przeciwko gdyby to jednak my zameldowalibyśmy się na mecie pierwsi. Bolesnym skutkiem takiego myślenia był długi „sprinterski” finisz. Wracając z ujścia Wisły napotkaliśmy zawodnika jadącego w przeciwna stronę. Z nie do końca jasnych dla mnie aktualnie przyczyn zgodnie uznaliśmy, że na pewno będzie chciał nas dogonić i wyprzedzić na ostatnich metrach. To nie wchodziło w grę. Te ostatnie kilometry na długo zapadną nam w pamięć. Od Tczewa jechaliśmy bez przerwy, skończyło nam się już picie i jedzenie. Ciemno, parę minut po 23, rozładowane lampki, betonowe płyty wzdłuż wybrzeża. Pościg, który toczył się w naszych głowach. Na wjeździe do centrum Gdańska co jakiś czas obracamy się w tył, żeby wypatrywać w mroku przednich lampek rywali. Dojeżdżamy na metę przed północą z ponad godzinną przewagą nad następnym zawodnikiem. Najwyraźniej w takiej sytuacji ciężko nam racjonalnie ocenić zagrożenie. Ostatecznie zajmujemy 25 i 26 miejsce na 162 zawodników. Niżej galeria i kilka zupełnie różnych rowerków, które przejechały wyścig.

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial
Facebook
Facebook
Instagram
YouTube